Moja aborcyjna historia… cz1

Witam…

Mam świadomość, że otwieram puszkę Pandory… że prawodpodobnie niektórzy zrównają mnie z ziemią ale wydaje mi się, że powinno się mówić o tych sprawach. Świadomość kobiet jest tak już duża, że nie można jej ograniczać do informacji jakie sprzedają nam guzik wiedzący księża oraz media próbujące nami manipulować.
Mamy własne rozumy… dostrzegamy co dla nas może być dobre a co nie. Wiemy, z czym sobie nie radzimy, wiemy co chcemy osiągnąć i w czym jesteśmy wyśmienite.
Mam prawie 35 lat… nie jestem rozchisteryzowaną nastolatką, jesteś świadomą swojego postępowania kobietą, która w pewnych momentach swojego życia dostała pewnego rodzaju pstryczki w nos.

Moja historia rozpoczęła się w 2006 roku, dokładnie w połowie stycznia kiedy zorientowałam się, że jestem w ciąży. Mój okres spóżniał się już ponad tydzień a ja ciągle zwlekałam ze zrobieniem testu. Niedowierzałam, że to wogóle jest możliwe.
Mam trójkę dzieci… wtedy w roku 2006 moja najmłodsza córka miała trochę ponad 1 rok.
Miałam męża, który był potwornie o wszystko zazdrosny i w żadnym wypadku nie mogłam stosować żadnej antykoncepcji. Bo po co mi??? On jest przeciez taki sprytny… Jego spryt ograniczał się do stosunków przerywanych, był na tyle leniwy że nawet prezerwatyw nie chciał używać. Co jak widać, niekoniecznie mu się udawało 😀 ale bez złośliwości…
Już wtedy między nami nie układało się za dobrze… ciągłe awantury w zasadzie o nic (bo pił za dużo), współżycie praktycznie na przymus spowodowały, że zaszłam w ciążę.
To był dla mnie dramat… dopiero co wróciłam do pracy, małe dziecko… i co teraz???
Pierwsza myśli… nie mogę urodzić, ale za nią zaraz następna… a co jeśli usunę??? jak sobie z tym poradzę, kocham dzieci… nie mówiąc już o własnych na punkcie, których szaleję. Co zrobić…
Kiedy jemu powiedziałam o ciąży, wydawał sie mocno przejęty. W zasadzie wtedy oboje zgodziliśmy się na usunięcie.
Poszłam na wizytę do swojego lekarza i powiedziałam, że nie chcę by ta ciąża się rozwijała dalej. On mi na to, że sam mi nie pomoże ale da mi nr telefonu do innego lekarza. Mam się powołać na niego… Dwa dni później wyszłam od tego drugiego lekarza z ustalonym terminem na zabieg. Lecz w międzyczasie bardzo mocno się pokłócilśmy z mężem. Pewnego wieczoru znów wrócił pijany do domu i zaczął wygadywać że to nie jest jego dziecko… że się puszczam, że kurwa ze mnie i dziwka. Tak mocno to zabolało, że pomyślalam sobie… a huk, urodzę, udowodnie Ci że to i tak jest Twoje dziecko.
Nie uwierzycie ale ja zmieniłam zdanie… głupia chciałam zrobić jemu na złość. Szarpał mną, popychał, rzucał we mnie różnymi rzeczami a ja w tamtym momencie głupio chciałam okazać honor. Cóż zrobić, taka wtedy byłam… pod dość wielkim wpływem i zastraszeniem.
Los chciał, że niestety nie urodziłam… dwa dni później będąc w 7 tygodniu ciąży zaczełam plamić. Najpierw trochę, potem coraz mocniej krwawi
ć. Nie poszłam od razu do lekarza… wiedziałam, że będzie musiał położyć mnie to szpitala i ratować ciążę, na której nie zależało mi. Tłumaczyłam sobie, że skoro los tak chce, to tak ma być.
Poszłam dopiero, kiedy już tak mocno krwawiłam, że zaczynało to wyglądać na krwotok. Wtedy zaraz skierowanie, łyżeczkowanie i to był koniec poczatków te historii.
To, że poroniłam po tamtej awanturze trochę obudziło mojego męża. Na jakiś czas się uspokoił… nawet zaczęło być między nami w miarę dobrze, chociaż jak dla mnie po tamtych słowach już nic nie dało się odbudować. Byłam w stanie zostać z nim tylko i wyłącznie przez wzgląd na dzieci. To się dopiero nazywa heriozm… żeby żadna z Was nie próbowała tak robić… to chory pomsł, potem życie i tak to zweryfikowało bo co ma być to będzie.

2 thoughts on “Moja aborcyjna historia… cz1

  1. ” Tłumaczyłam sobie, że skoro los tak chce, to tak ma być.””Nie uwierzycie ale ja zmieniłam zdanie… głupia chciałam zrobić jemu na złość.””i ratować ciążę, na której nie zależało mi. ”
    Robiłaś wszystko by obronić siebie i swoją godność. Wszystkie Twoje działania były na to obliczone.
    „To, że poroniłam po tamtej awanturze trochę obudziło mojego męża. Na jakiś czas się uspokoił… nawet zaczęło być między nami w miarę dobrze,”
    Nie daj się zwieść, to że dzieje się teraz między Wami „lepiej” to jest typowe dla przemocy, której doświadczasz. Przypomnij sobie te sekwencje bicia, obrażania a później przepraszania. To jak chmury, które się najpierw się zbierają później dają deszcz, na końcu powietrze się oczyszcza.
    „To się dopiero nazywa heriozm… żeby żadna z Was nie próbowała tak robić…”
    Nie miej do Siebie pretensji. A może warto pomyśleć co zrobić byś mogła poczuć się bezpieczniej (czy chcesz o tym porozmawiać?)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.