Moja aborcyjna historia… cz6

Z obawą  i świadomością rozpoczełam swoją aborcję farmakologiczną.
Byłam sama z dziećmi w domu, bałam się cholernie że mogę dostać krwotoku, bałam się innych powikłań. Tyle się naczytałam co może sie stać, że wszystkie u siebie sie spodziwałam. Wymyślałam scenariusze na to co powiem rodzicom, dlaczego znalazłam się w szpitalu, co powiem mężowi… przeciez on nie uwierzy że to jego dziecko. NIe bałam sie o siebie, najbardziej bałam sie co się stanie z dzieciakami jak ja będe musiała jechac do szpitala. Moje życie mnie nie obchodziło, liczył sie cel jaki sobie wyznaczyłam.
Moja decyzja była na tyle silna, że byłam w stanie ponieść każde konsekwencje.
Wziełam mife… i czekałam. Pod koniec dnia czułam się już świetnie. NIe wiem czy to moja psychika się już na tyle uspokoiła że przestałam sie obawiać, czy to było działanie hormonów. Ja wiedziałam, że będzie dobrze.
Położyłam się spać ze swiadomością o końcu tego koszmaru.

Koło południa następnego dnia wzięłam pierwsze miso.
Strach mnie paraliżował ale siła działania była o wiele większa. Nie miałam wyjścia…
Tabletki trzymałam w ustach, gardło mi opuchło, bałam się popić… w smaku były jak kreda. Miałam odruch wymiotny.
Po 30 minutach wreszcie popiłam… no i rozpoczełam odliczanie.
Mineło dodatkowe 30 minut, kiedy zdałam sobie sprawę, że czuję lekkie napięcie w podbrzuszu. Normalnie chodziłam po domu, wszystko wykonywałam tak jak zwykle. Ciągle towarzyszył mi strach, że tabletki jednak nie zadziałają.
Było to zupełnie bezpodstawne myślenie bo te same leki tydzień wcześniej zadziałały na znajomej z internetu.
Cały czas czułam skurcze w podbrzuszu i lekki ból. Na tyle lekki że wiedziałam, że coś się dzieje. Po godzinie od wzięcia tabletek pierwszy raz poszłam do ubikacji. Zobaczyłam różowe zabawienie śluzu i wiedziałam, że rozpoczeło się poronienie. Po półtorej godzinie dostałam dreszczy i gorączki około 38 stopni, ubrałam sie cieplej, wiedziałam że to efekt uboczny wziętych przeze mnie leków. Czekałam nadal na rozwój sytuacji.

PO dwóch godzinach poczułam silniejszy ból w brzuchu, poszłam znów do ubikacji i wystrzeliła ze mnie kulka wielkości małej mandarynki. To było to, nie dało się tego pomylić z niczym, siedziałam na sedesie i nie czułam nic. Pustka… już po wszystkim. I nagle rozpłakałam się, emocje puściły, zdenerwowanie jakie mi towarzyszyło miało swój upust. Gdzieś tam w myślach głęboko pomysłałam „Przepraszam”, za to że tak musiało się stać.

Musiałam przerwać swój wewnętrzy monolog bo moje najmłodsze dziecko dobijało się do drzwi łazienki domagając się uwagi. Od tamtej chwili, krwawienie sie nasiliło, leciały skrzepy większe mniejsze i krew. Po czterech godzinach od wzięcia pierwszej dawki przyszła kolej na następną. Znów 30 minut w buzi tym razem dwie tabletki. Po kolejnych dwóch godzinach krwawienie się uspokoiło… wyglądało jak pierwsze dni zwykłego okresu.

Kiedy wieczorem dzieci moje już spały usiadłam w ciemnym pokoju i analizowałam swoją sytuację. Zebrałam to co czuję i jedynym uczuciem jakie pozostało była radość że już mam to za sobą. Przeszłam przez najtrudniejszą rzecz w swoim życiu, nic się nie wydarzyło przeżyłam. Nie było gromów z jasnego nieba, ziemia tez sie nie rozstąpiła, trwałam nadal. Nie moge powiedzieć, że nie czułam żalu… czułam, ale wiedziałam, ze nie mogłam inaczej postąpić. To było jedyne i najlepsze rozwiązanie jakie mogłam w tamtej chwili znaleźć.

W tym wszystki była jeszcze ulga, że mój koszmar wreszcie sie zakończył. Czekając na zestaw układałam sobie w głowie co zrobię jak już będzie po. Ten czas pozwolił mi na refleksję nad życiem jakie miałam do tej pory. Zrobiłam wielki rachunek strat i zysków. Mówią, że to jesteśmy tacy na ile nas sprawdzono, i dziś wiem że to prawa. Cała ta sytuacja uświadomiła mi, że o swoje trzeba walczyć, że teraz tylko zostało mi uświadomic sobie co jest tak naprawde moim celem, do czego chcę dąrzyc, jak chce widziec siebie za 10 lat.

Od tamtego czasu mineło już 7,5 roku. Wiele się zmieniło w moim życiu, mam go dziś takim jakim chciałam w tamtym momencie. Może nie wszystko zrealizowałam, ale ciągle walczę i ciągle się nie poddaję. Nigdy w ciągu tego czasu nie pożałowałam swojej decyzji. Nadal uważam że zrobiłam najlepiej jak było można. Wiele dobrego sie wydarzyło od tamtego momentu. Daję moim dzieciakom to co mogę i mam najlepszego, daję siebie… czas jakiego nie miałabym mając kolejne. A do tego wszystkiego mam czas na swoje pasje, na swój rozwój, na danie sobie wolnego.

Decyzja o aborcji nie jest łatwa… to godziny myślenia ciągle o jednym. Czy robię dobrze? Tak, robię dobrze! Robię dobrze dla siebie, ale i dla innych.

8 thoughts on “Moja aborcyjna historia… cz6

  1. skąd kupiłaś zestaw?jestem przerażona i w takiej samej sytuacji..tyle oszustów że boję się to kupić nie mam przecież pieniędzy na kilka podejść.proszę pomóż

  2. Witam, wlasnie jestem przed ta dezycja, a bardzo sie boje, tabletki doszly bardzo szybko bo w ciagu 3 dni. Wiem, ze nie moge miec teraz kolejnego dziecka ale jednoczesnie bardzo sie boje mysli o tym co sie moze stac… i ten widok „mandarynki” gdy to ujrze, trauma zostanie mi na cale zycie. Mysllam by wyjechac za granice na zabieg, ale to kosztowne. Prosze zostaw mi jakos kontakt do siebie, nie mam z kim o tym porozmawiac. Bardzo sie boje, Prosze

    • Zawsze mozesz zadzwonic na ktorys z telefonow infolinii i porozmawiać. Jesli sie boisz i czujesz niepewnie to daj sobie jeszcze czas na myślenie. Nie musisz brać tabletek już zaraz. Zastanów się czy to naprawde dla ciebie najlepsza decyzja i czy nie ma innego rozwiazania

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.