Aborcja farmakologiczna – fakty i mity – Kraków

25 marca w sobotę byłysmy razem z Aborcyjnym Dream Teamem w Krakowie. Nasi gospodarze Spółdzielnia „Ogniwo” oraz Stowarzyszenie Sprawa Kobiet nagrali dla nas to wydarzenie.

Jesli macie pytania dodatkowe to zachęcamy do zadawania ich ponizej a jesli macie ochotę zaprosić nas do siebie to czekamy na wiadomość poprzez stronę

Aborcyjny Dream Team on Tour

Miłego oglądania!

 

Mamy rozwiązanie na problemy z celnikami!

Tak! jestem w ciaży. Wiem o tym od czterech tygodni. Za moment wezmę mifepriston do ust aby rozprawić się z tym problemem.

Zanim jednak to zrobię, chce się z wami podzielić historią dla mnie badzo długą. 

Cztery tygodnie temu zrobiłam test, dwie kreski pojawiły sie prawie natychmiast. To był seks z kolegą, zero związku, czysta przygoda seksualna kobiety dorosłej. Nie powiem mu przecież o tym, nie stworzymy szcześliwej rodziny, nie będziemy razem na zdjęciach. Dla mnie osobiście nie była to tragedia życiowa, podeszłam to tematu „mleko sie wylało”. Nie było łez, rozpaczy. Zaczełam się zastanawiać jakie mam możliwości. 

Nie ma opcji na wyjazd za granicę, nie dostanę urlopu w pracy żeby zniknać na 3 dni w tym okresie. Farmakologia… [email protected]#! a mieszkam w wielkopolsce, województwie gdzie celnicy sa mocno anty -choice.

Nie mam nikogo, na kogo mogłabym wysłać przesyłkę. Nie chce się nikomu tłumaczyć na co mi takie leki, to zenujące, to moja sprawa nic nikomu do tego… nie będą mnie oceniać.

Zadzwoniłam do Was, Kobiet w Sieci, ale wy podpowiadałyście mi poste restante do innego województwa a ja k&^%! nie mam samochodu! Urwać się na jeden dzień, podróż autobusem… no dobra. To już lepsze rozwiązanie.

Zamówiłam… zestaw M&M jak wy to nazywacie (ciekawe swoją drogą czy maja orzeszek w środku :p).

Długo szedł do mnie, czekałam 3 tygodnie bo trafiły sie święta po drodze. Szczerze zaczełam już łapać doła, że one nie przyjdą. Jak zobaczyłam na sledzeniu, że są już na Urzędzie Pocztowym to kamień spadł mi z serca tak wielki, że myślałam ze huk było słychać w promieniu kilometra.

Teraz co dalej… Mam do pokonania 350 km. W pracy problem z wolnym. Brak samochodu, komunikacyjnie do dupy… no musi byc jakiś sposób zeby to odebrać ale nie osobiście!.

Zadzwoniłam na tą pocztę i mówię do Pani bardzo uprzejmie:

– Bardzo Panią przepraszam, ze zawracam głowę, ale widze na sledzeniu przesyłki, że moja paczka właśnie jest u Państwa na poczcie a ja z powodu różnych zawirowań życiowych właśnie w tej chwili jestem o 350 km od tego urzędu pocztowego. Czy moze zna Pani jakiś magiczny sposób abym mogła ją odebrać bez jeżdzenia w tą i spowrotem? Potrzebuję zawartości tej przesyłki bardzo w tej chwili.

Byłam tak przerażona myslą, że Pani mi powie że nie ma sposób i musze być osobiście, że w pierwszej chwili nie usłyszałam co ona do mnie mówi

– A wie Pani, jest sposób. W zeszłym roku rozsał uruchomiony projetk Doręczenie na życzenie i może Pani telefonicznie przekierowac swoją przesyłkę na dowolny Urząd Pocztowy.

 

CO??? 

Hurrrrraaa!!!!!

Bedę życ 😀 

Z tego miejsca dzielę sie tym z wami… 

tu link to pełnych informacji na ten temat, korzystajcie unikniecie problemów z celnikami 

http://www.poczta-polska.pl/paczki-i-listy/odbior/listy/doreczenie-na-zyczenie/

Pamiętajcie!

najpierw poste restante na Główny Urząd Pocztowy w Łodzi, Warszawie, Wrocławiu, Krakowie czy innym miescie potem przekierowanie przesyłki do siebie do domu i to za 3,5 zł.

Bomba… 

a teraz trzymac za mnie kciuki, startuję… 

Pozdrawiam

K.

 

P.S.

Musieliśmy się z wami podzielić tą historią.

Dziewczyny z województw „zakazanych” macie wyjście z sytuacji!

Potrzebujecie szczegółów w sprawie przekierowań przesyłek kontaktujcie sie z nami

Moja aborcyjna historia… cz6

Z obawą  i świadomością rozpoczełam swoją aborcję farmakologiczną.
Byłam sama z dziećmi w domu, bałam się cholernie że mogę dostać krwotoku, bałam się innych powikłań. Tyle się naczytałam co może sie stać, że wszystkie u siebie sie spodziwałam. Wymyślałam scenariusze na to co powiem rodzicom, dlaczego znalazłam się w szpitalu, co powiem mężowi… przeciez on nie uwierzy że to jego dziecko. NIe bałam sie o siebie, najbardziej bałam sie co się stanie z dzieciakami jak ja będe musiała jechac do szpitala. Moje życie mnie nie obchodziło, liczył sie cel jaki sobie wyznaczyłam.
Moja decyzja była na tyle silna, że byłam w stanie ponieść każde konsekwencje.
Wziełam mife… i czekałam. Pod koniec dnia czułam się już świetnie. NIe wiem czy to moja psychika się już na tyle uspokoiła że przestałam sie obawiać, czy to było działanie hormonów. Ja wiedziałam, że będzie dobrze.
Położyłam się spać ze swiadomością o końcu tego koszmaru.

Koło południa następnego dnia wzięłam pierwsze miso.
Strach mnie paraliżował ale siła działania była o wiele większa. Nie miałam wyjścia…
Tabletki trzymałam w ustach, gardło mi opuchło, bałam się popić… w smaku były jak kreda. Miałam odruch wymiotny.
Po 30 minutach wreszcie popiłam… no i rozpoczełam odliczanie.
Mineło dodatkowe 30 minut, kiedy zdałam sobie sprawę, że czuję lekkie napięcie w podbrzuszu. Normalnie chodziłam po domu, wszystko wykonywałam tak jak zwykle. Ciągle towarzyszył mi strach, że tabletki jednak nie zadziałają.
Było to zupełnie bezpodstawne myślenie bo te same leki tydzień wcześniej zadziałały na znajomej z internetu.
Cały czas czułam skurcze w podbrzuszu i lekki ból. Na tyle lekki że wiedziałam, że coś się dzieje. Po godzinie od wzięcia tabletek pierwszy raz poszłam do ubikacji. Zobaczyłam różowe zabawienie śluzu i wiedziałam, że rozpoczeło się poronienie. Po półtorej godzinie dostałam dreszczy i gorączki około 38 stopni, ubrałam sie cieplej, wiedziałam że to efekt uboczny wziętych przeze mnie leków. Czekałam nadal na rozwój sytuacji.

PO dwóch godzinach poczułam silniejszy ból w brzuchu, poszłam znów do ubikacji i wystrzeliła ze mnie kulka wielkości małej mandarynki. To było to, nie dało się tego pomylić z niczym, siedziałam na sedesie i nie czułam nic. Pustka… już po wszystkim. I nagle rozpłakałam się, emocje puściły, zdenerwowanie jakie mi towarzyszyło miało swój upust. Gdzieś tam w myślach głęboko pomysłałam „Przepraszam”, za to że tak musiało się stać.

Musiałam przerwać swój wewnętrzy monolog bo moje najmłodsze dziecko dobijało się do drzwi łazienki domagając się uwagi. Od tamtej chwili, krwawienie sie nasiliło, leciały skrzepy większe mniejsze i krew. Po czterech godzinach od wzięcia pierwszej dawki przyszła kolej na następną. Znów 30 minut w buzi tym razem dwie tabletki. Po kolejnych dwóch godzinach krwawienie się uspokoiło… wyglądało jak pierwsze dni zwykłego okresu.

Kiedy wieczorem dzieci moje już spały usiadłam w ciemnym pokoju i analizowałam swoją sytuację. Zebrałam to co czuję i jedynym uczuciem jakie pozostało była radość że już mam to za sobą. Przeszłam przez najtrudniejszą rzecz w swoim życiu, nic się nie wydarzyło przeżyłam. Nie było gromów z jasnego nieba, ziemia tez sie nie rozstąpiła, trwałam nadal. Nie moge powiedzieć, że nie czułam żalu… czułam, ale wiedziałam, ze nie mogłam inaczej postąpić. To było jedyne i najlepsze rozwiązanie jakie mogłam w tamtej chwili znaleźć.

W tym wszystki była jeszcze ulga, że mój koszmar wreszcie sie zakończył. Czekając na zestaw układałam sobie w głowie co zrobię jak już będzie po. Ten czas pozwolił mi na refleksję nad życiem jakie miałam do tej pory. Zrobiłam wielki rachunek strat i zysków. Mówią, że to jesteśmy tacy na ile nas sprawdzono, i dziś wiem że to prawa. Cała ta sytuacja uświadomiła mi, że o swoje trzeba walczyć, że teraz tylko zostało mi uświadomic sobie co jest tak naprawde moim celem, do czego chcę dąrzyc, jak chce widziec siebie za 10 lat.

Od tamtego czasu mineło już 7,5 roku. Wiele się zmieniło w moim życiu, mam go dziś takim jakim chciałam w tamtym momencie. Może nie wszystko zrealizowałam, ale ciągle walczę i ciągle się nie poddaję. Nigdy w ciągu tego czasu nie pożałowałam swojej decyzji. Nadal uważam że zrobiłam najlepiej jak było można. Wiele dobrego sie wydarzyło od tamtego momentu. Daję moim dzieciakom to co mogę i mam najlepszego, daję siebie… czas jakiego nie miałabym mając kolejne. A do tego wszystkiego mam czas na swoje pasje, na swój rozwój, na danie sobie wolnego.

Decyzja o aborcji nie jest łatwa… to godziny myślenia ciągle o jednym. Czy robię dobrze? Tak, robię dobrze! Robię dobrze dla siebie, ale i dla innych.