Miesięczne archiwum: Luty 2014

Polki za granicą – aborcja

Chciałbyśmy rozpocząć cykl Aborcja w świecie, z tego powodu szukamy Polek na emigracji, które maja podobne doswiadczenia i chciałyby się z nami nimi podzielić.

Nasz cykl miałby zawierać informacje jak będąc na emigracji można dokonać aborcji. Potrzebne by nam były sprawdzone adresy klinik, aktualne ceny, namiary na lekarzy itp.

Prosimy pisać tutaj lub na [email protected] (na konto fb również)

 

Potrzebuję aborcji

Zdarza się w życiu taka sytuacja kiedy nie ma innych rozwiązań niż radykalne. Zdarza się również że nie mamy się to kogo zwrócić. Obawiamy sie, że nikt nas nie zrozumie, ani koleżanka ani siostra… nikt. Zapraszamy do nas, na forum gdzie można porozmawiać z innymi kobietami które mają takie same doświadczenia. Też w swoim życiu podjeły takie decyzje, tez bały sie rozmawiać o aborcji o tym, że ją przeszły i że są z tym same.

Bez krytyki i oceny rozmawiamy o aborcji na forum www.maszwybor.net

Rozmawiamy o tym, że aborcja jest naszym prawem, jest naszym wyborem i nie jest niczym złym w życiu kobiety.

Zapraszamy…

Co zrobić jeśli jestem w niechcianej ciąży?

Jesli zaszłaś w planowaną lub nieplanowaną ciąże i chcesz ją z jakichkolwiek powodów przerwać, pamiętaj że masz do tego prawo.

To że brak w Polsce klinik, w których z godnością mogłabyś dokonać zabiegu przerwania ciąży nie jest przeszkodą. Istniej bowiem organizacja Women on Web ktora pomaga kobietom w uzyskaniu dostepu do leków wywołujących aborcję farmakologiczną, w krajach gdzie dostęp do takich zabiegow jest ograniczony lub całkowicie niemożliwy.

www.womenonweb.org tutaj można zasięgnąć odpowiednich informacji

Również w tym celu Kobiety w Sieci uruchomiły swoją infolinię  gdzie można zostać poinformowanym o metodach aborcji farmakologicznej jakie zostaly przestawione w dokumencie Światowej Organizacji Zdrowia (WHO)

http://www.who.int/reproductivehealth/en/

Moja aborcyjna historia… cz6

Z obawą  i świadomością rozpoczełam swoją aborcję farmakologiczną.
Byłam sama z dziećmi w domu, bałam się cholernie że mogę dostać krwotoku, bałam się innych powikłań. Tyle się naczytałam co może sie stać, że wszystkie u siebie sie spodziwałam. Wymyślałam scenariusze na to co powiem rodzicom, dlaczego znalazłam się w szpitalu, co powiem mężowi… przeciez on nie uwierzy że to jego dziecko. NIe bałam sie o siebie, najbardziej bałam sie co się stanie z dzieciakami jak ja będe musiała jechac do szpitala. Moje życie mnie nie obchodziło, liczył sie cel jaki sobie wyznaczyłam.
Moja decyzja była na tyle silna, że byłam w stanie ponieść każde konsekwencje.
Wziełam mife… i czekałam. Pod koniec dnia czułam się już świetnie. NIe wiem czy to moja psychika się już na tyle uspokoiła że przestałam sie obawiać, czy to było działanie hormonów. Ja wiedziałam, że będzie dobrze.
Położyłam się spać ze swiadomością o końcu tego koszmaru.

Koło południa następnego dnia wzięłam pierwsze miso.
Strach mnie paraliżował ale siła działania była o wiele większa. Nie miałam wyjścia…
Tabletki trzymałam w ustach, gardło mi opuchło, bałam się popić… w smaku były jak kreda. Miałam odruch wymiotny.
Po 30 minutach wreszcie popiłam… no i rozpoczełam odliczanie.
Mineło dodatkowe 30 minut, kiedy zdałam sobie sprawę, że czuję lekkie napięcie w podbrzuszu. Normalnie chodziłam po domu, wszystko wykonywałam tak jak zwykle. Ciągle towarzyszył mi strach, że tabletki jednak nie zadziałają.
Było to zupełnie bezpodstawne myślenie bo te same leki tydzień wcześniej zadziałały na znajomej z internetu.
Cały czas czułam skurcze w podbrzuszu i lekki ból. Na tyle lekki że wiedziałam, że coś się dzieje. Po godzinie od wzięcia tabletek pierwszy raz poszłam do ubikacji. Zobaczyłam różowe zabawienie śluzu i wiedziałam, że rozpoczeło się poronienie. Po półtorej godzinie dostałam dreszczy i gorączki około 38 stopni, ubrałam sie cieplej, wiedziałam że to efekt uboczny wziętych przeze mnie leków. Czekałam nadal na rozwój sytuacji.

PO dwóch godzinach poczułam silniejszy ból w brzuchu, poszłam znów do ubikacji i wystrzeliła ze mnie kulka wielkości małej mandarynki. To było to, nie dało się tego pomylić z niczym, siedziałam na sedesie i nie czułam nic. Pustka… już po wszystkim. I nagle rozpłakałam się, emocje puściły, zdenerwowanie jakie mi towarzyszyło miało swój upust. Gdzieś tam w myślach głęboko pomysłałam „Przepraszam”, za to że tak musiało się stać.

Musiałam przerwać swój wewnętrzy monolog bo moje najmłodsze dziecko dobijało się do drzwi łazienki domagając się uwagi. Od tamtej chwili, krwawienie sie nasiliło, leciały skrzepy większe mniejsze i krew. Po czterech godzinach od wzięcia pierwszej dawki przyszła kolej na następną. Znów 30 minut w buzi tym razem dwie tabletki. Po kolejnych dwóch godzinach krwawienie się uspokoiło… wyglądało jak pierwsze dni zwykłego okresu.

Kiedy wieczorem dzieci moje już spały usiadłam w ciemnym pokoju i analizowałam swoją sytuację. Zebrałam to co czuję i jedynym uczuciem jakie pozostało była radość że już mam to za sobą. Przeszłam przez najtrudniejszą rzecz w swoim życiu, nic się nie wydarzyło przeżyłam. Nie było gromów z jasnego nieba, ziemia tez sie nie rozstąpiła, trwałam nadal. Nie moge powiedzieć, że nie czułam żalu… czułam, ale wiedziałam, ze nie mogłam inaczej postąpić. To było jedyne i najlepsze rozwiązanie jakie mogłam w tamtej chwili znaleźć.

W tym wszystki była jeszcze ulga, że mój koszmar wreszcie sie zakończył. Czekając na zestaw układałam sobie w głowie co zrobię jak już będzie po. Ten czas pozwolił mi na refleksję nad życiem jakie miałam do tej pory. Zrobiłam wielki rachunek strat i zysków. Mówią, że to jesteśmy tacy na ile nas sprawdzono, i dziś wiem że to prawa. Cała ta sytuacja uświadomiła mi, że o swoje trzeba walczyć, że teraz tylko zostało mi uświadomic sobie co jest tak naprawde moim celem, do czego chcę dąrzyc, jak chce widziec siebie za 10 lat.

Od tamtego czasu mineło już 7,5 roku. Wiele się zmieniło w moim życiu, mam go dziś takim jakim chciałam w tamtym momencie. Może nie wszystko zrealizowałam, ale ciągle walczę i ciągle się nie poddaję. Nigdy w ciągu tego czasu nie pożałowałam swojej decyzji. Nadal uważam że zrobiłam najlepiej jak było można. Wiele dobrego sie wydarzyło od tamtego momentu. Daję moim dzieciakom to co mogę i mam najlepszego, daję siebie… czas jakiego nie miałabym mając kolejne. A do tego wszystkiego mam czas na swoje pasje, na swój rozwój, na danie sobie wolnego.

Decyzja o aborcji nie jest łatwa… to godziny myślenia ciągle o jednym. Czy robię dobrze? Tak, robię dobrze! Robię dobrze dla siebie, ale i dla innych.

Moja aborcyjna historia… cz 5

Wypełniłam konsultację i czekałam na to co mi powiedzą znajomi.
Bałam się, że to jednak będzie podpucha… no i przeczesywałam net dalej. Na forum znalazłam dziewczynę co chciała sprzedać pakiet za 600zł.
Wykazałam sie pewnego rodzaju nierozwagą ponieważ przepłaciłam sporo za leki. Obawiałam się, dziś wiem że wiele z nas kobiet to właśnie robi, że z zagranicy leki nie przyjdą a w kraju trudniej będzie mnie oszukać. Napisałam do tej dziewczyny by przysłała mi pakiet z płatnością za pobraniem. To była głupota… dziś to wiem. Ale wtedy strach żeby się nic nie wydało, do tego determinacja i złość na świat nie dodawała rozumu. Tak to właśnie było.
W końcu moim znajomi z netu otrzymali przesyłkę. Pierwsza tabletka była wzięta przez tą dziewczynę zaraz tego dnia. Kolejne nstępnego. Zdano mi wszelkie relacje… podobno mocno bolało, musiała brać ketonal bo po ścianach łaziła. Wszystko zakończyło sie szczęśliwie. No a ja czekałam na swoją przesyłkę. Potem byłam zła, że nie dosc że przepłaciłam to jeszcze że mogłabym mieć wszystko już dawno z głowy gdybym zaryzykowała.
No i przyszedł listonosz… przyszedł z paczką był 14 sierpnia. Miałam leki na wyciągnięcie ręki a nie mogłam ich wziąć bo nie miałam wysarczającej kwoty na odebranie przesyłki.
Nie uwierzycie… znajomy z netu pożyczył mi brakującą kwotę. Człowiek, który mnie kompletnie nie znał, kazał podać sobie nr konta i wysłał mi pieniądze. Nie mogłam mu odmówić, powiedziałam że oddam natychmiast jak tylko będę mogła.

17 sierpnia odebrałam tabletki z poczty.

Moja aborcyjna historia… cz 4

był lipiec wyjechałam z dziećmi na wakacje… tabletki artroteku zabrałam ze sobą, był to już 7-8 tydzień ciąży
bałam się niemiłosiernie… musiałam zacząć działać bo czas gonił, ale nie byłam u siebie w domu więc nie wiedzialam, czy przypadkiem nie dostanę krwotoku i czy nie będę musiała iść do szpitala, co wtedy powiem????
nie baczac na strach, wzięłam w nocy pierwszą dawkę artroteku….biegunka, dreszcze, gorączka… to wszystko mnie dopadlo a krwawienia zero… co się namęczyłam, żeby te tabletki zaaplikować to ja tylko wiem…mialam brać po jednej dawce przez cztery dni…
i tak brałam… co dziennie w nocy ten sam repertuar dodatkowych atrakcji a krwawienia nie widać… jak się później dowiedziałam, nie na każdą kobietę ten lek działa… ja musiałam być chyba jakas mega odporna (tak mi sie wtedy wydawało)

do domu wróciłam z wakacji ciągle będąc w ciąży… po powrocie zaczełam dalsze poszukiwania… skoro artrotek nie zadziałał to musi być coś mocniejszego..

przeszukiwałam internet… wpisywałam aborcja, aborcja farmakologiczna, sztuczne poronienie i znalazłam stronę www.womenonweb.org
zaczełam czytać… i nie wierzyłam
internet potrafi oszukiwać a to co było na tamtejszym forum wcale nie udowadniało, że taka organizacja istnieje. Było wiele osób co pytały o wiarygodność ale nikt nie odpowiedział na ich pytania. Do tego aby otrzymać pakiet należało wpłacić darowiznę i to na konto zagraniczne. Wykazałam się wtedy mega głupotą, ponieważ zapłaciłam ponad 200zł dziewczynie, której nie znam za leki, których w zasadzie nie sprawdziłam a obawiałam sie wysłać 300zł na konto jakieś organizacji. Desperacja kobiet szukających rozwiązania dla swoich trudnych sytuacji (tak je ładnie nazwijmy) jest przeogromna. Stąd też bierze się wiele głupot jakie robimy w tym momencie, ciężko jest nam właściwie ocenic sytuację i bardzo często wiele ryzykujemy.
Szukałam dalej… znalazłam pewne forum gdzie nawiązałam znajomość z jedną parą, a dokładniej partnerem tej kobiety. Oni już opłacili pakiet i czekali na przesyłkę. Postanowiłam poczekać jak oni dostaną to ja tez zapłacę. Był to już 10 tydzień ciąży.

Moja aborcyjna historia… cz 3

i znów byłam w ciąży…

był przełom czerwca i lipca 2006, nie dostałam okresu… robiłam test ze trzy razy niedowierzając wciąż w wynik… za każdym razem pozytywny płakałam, złościłam się na siebie – za brak odwagi by jego pognać na wszystkie strony świata, na niego – że taki palant, myśli tylko o sobie, na życie…

tak trwałam do 15 lipca, w rozpaczy i bezsilności ciągle zastanawiałam się co z tym zrobić aż wreszcie któregoś wieczoru podjęłam decyzje jemu nic nie powiem… bo znów się zacznie, że to nie jego, problemy będą go przerastać i tak mnie z nimi zostawi na zabieg mnie nie stać… łyżeczka w moim mieście kosztowała 2000zł, nie miałam aż tyle więc postanowiłam poszukać w neci… BO PRZECIEŻ COŚ MUSI BYĆ… jest wiele kobiet, które maja takie problemy jak ja, przecież muszą sobie jakoś radzić

no i zaczełam grzebać… wieczorami siedziałam w necie i wertowałam informację po informacji… zaczełam od haseł poronienie, aborcja, sztuczne poronienie… trochę to trwało aż dowiedziałam się, że jest coś takiego jak arthrotek i cytotek.

Przerażała mnie wysokość ceny za jedną sztukę… wtedy było to jeszcze od 15 do 20 zł za jedną tabletkę… bałam sie jak jasna cholera.

W końcu przeszukałam cały net i znalazłam tam gdzie mają najtaniej i zamówiłam na chyba trzy dawki. Dziewczyna, która mi to przysłała była na tyle, w tych okolicznościach uczciwa, że podała mi jak dawkować. Dostałam całą zapisaną kartkę co robić i jak robić.

 

Moja aborcyjna historia… cz2

Co wtedy czułam….

Ulgę, wielką ulgę że udało mi się wybrnąć z sytuacji bez wyjścia.
Ja wiem co znaczy wychowywać samotnie dziecko. Żaden facet tego nie zrozumie, to bycie i fizycznie i psychicznie 24h na dobę z dzieckiem. Nawet jak poszłam do pracy to głową byłam w domu… ciągle zastanawiałam się co sie dzieje z moimi dziecmi, czy opiekunka wszystko dobrze robi, czy dzieci nie zachorowały właśnie, czy nie są głodne a może płaczą… to nieustanna troska i ciągły dylemat co wybrać czy pracę, czy dom… a może jednak pogodzić jedno z drugim ale zawsze coś ucierpi.
Gdyby jeszcze mój mąż był na tyle dojrzałym człowiekiem, żeby chcieć mi chociaż trochę pomóc a tak zawsze byłam z tym sama. Więc w imię czego mam wpakować się w kolejną ciążę. Całą odpowiedzialność za fakt zajścia poniosłam ja a później po urodzeniu też ja. Więc o czym mowa, to ja powinnam decydować co będzie dalej z moim życiem, bo głównie na mnie spadnie cały ciężar odpowiedzialności.
Możecie sobie gadać wszyscy przeciwnicy aborcji co chcecie… że jestem taka siaka czy owaka… guzik mnie to obchodzi. Czy wpadło Wam do głowy by może pomóc takiej kobiecie co jednak zdecydowała się urodzić przez Wasze gadanie??? Wam chodzi tylko o jedno, niech urodzi a to co się z nią dalej dzieje już Wam się wydaje Was nie dotyczy… jaki to błąd. Trzeba się zastanowić do stanie się z dzieckiem nawet jeśli trafi do adopcji… albo co jeśli kobieta wcale nie będzie miała środków na utrzymanie. Może się stac tragedia (sama w pewnych momentach załamania miałam takie pomysły) jakich wiele jest nawet w naszym kraju, matki zabijają siebie i dzieci bo nie mają z czego żyć.
No dobrze… bo rozpisałam się nie na temat.
Czułam wielką radość i ulgę… nie na długo. Cała sytuacja powtórzyła się na przełomie czerwca i lipca.

Moja aborcyjna historia… cz1

Witam…

Mam świadomość, że otwieram puszkę Pandory… że prawodpodobnie niektórzy zrównają mnie z ziemią ale wydaje mi się, że powinno się mówić o tych sprawach. Świadomość kobiet jest tak już duża, że nie można jej ograniczać do informacji jakie sprzedają nam guzik wiedzący księża oraz media próbujące nami manipulować.
Mamy własne rozumy… dostrzegamy co dla nas może być dobre a co nie. Wiemy, z czym sobie nie radzimy, wiemy co chcemy osiągnąć i w czym jesteśmy wyśmienite.
Mam prawie 35 lat… nie jestem rozchisteryzowaną nastolatką, jesteś świadomą swojego postępowania kobietą, która w pewnych momentach swojego życia dostała pewnego rodzaju pstryczki w nos.

Moja historia rozpoczęła się w 2006 roku, dokładnie w połowie stycznia kiedy zorientowałam się, że jestem w ciąży. Mój okres spóżniał się już ponad tydzień a ja ciągle zwlekałam ze zrobieniem testu. Niedowierzałam, że to wogóle jest możliwe.
Mam trójkę dzieci… wtedy w roku 2006 moja najmłodsza córka miała trochę ponad 1 rok.
Miałam męża, który był potwornie o wszystko zazdrosny i w żadnym wypadku nie mogłam stosować żadnej antykoncepcji. Bo po co mi??? On jest przeciez taki sprytny… Jego spryt ograniczał się do stosunków przerywanych, był na tyle leniwy że nawet prezerwatyw nie chciał używać. Co jak widać, niekoniecznie mu się udawało 😀 ale bez złośliwości…
Już wtedy między nami nie układało się za dobrze… ciągłe awantury w zasadzie o nic (bo pił za dużo), współżycie praktycznie na przymus spowodowały, że zaszłam w ciążę.
To był dla mnie dramat… dopiero co wróciłam do pracy, małe dziecko… i co teraz???
Pierwsza myśli… nie mogę urodzić, ale za nią zaraz następna… a co jeśli usunę??? jak sobie z tym poradzę, kocham dzieci… nie mówiąc już o własnych na punkcie, których szaleję. Co zrobić…
Kiedy jemu powiedziałam o ciąży, wydawał sie mocno przejęty. W zasadzie wtedy oboje zgodziliśmy się na usunięcie.
Poszłam na wizytę do swojego lekarza i powiedziałam, że nie chcę by ta ciąża się rozwijała dalej. On mi na to, że sam mi nie pomoże ale da mi nr telefonu do innego lekarza. Mam się powołać na niego… Dwa dni później wyszłam od tego drugiego lekarza z ustalonym terminem na zabieg. Lecz w międzyczasie bardzo mocno się pokłócilśmy z mężem. Pewnego wieczoru znów wrócił pijany do domu i zaczął wygadywać że to nie jest jego dziecko… że się puszczam, że kurwa ze mnie i dziwka. Tak mocno to zabolało, że pomyślalam sobie… a huk, urodzę, udowodnie Ci że to i tak jest Twoje dziecko.
Nie uwierzycie ale ja zmieniłam zdanie… głupia chciałam zrobić jemu na złość. Szarpał mną, popychał, rzucał we mnie różnymi rzeczami a ja w tamtym momencie głupio chciałam okazać honor. Cóż zrobić, taka wtedy byłam… pod dość wielkim wpływem i zastraszeniem.
Los chciał, że niestety nie urodziłam… dwa dni później będąc w 7 tygodniu ciąży zaczełam plamić. Najpierw trochę, potem coraz mocniej krwawi
ć. Nie poszłam od razu do lekarza… wiedziałam, że będzie musiał położyć mnie to szpitala i ratować ciążę, na której nie zależało mi. Tłumaczyłam sobie, że skoro los tak chce, to tak ma być.
Poszłam dopiero, kiedy już tak mocno krwawiłam, że zaczynało to wyglądać na krwotok. Wtedy zaraz skierowanie, łyżeczkowanie i to był koniec poczatków te historii.
To, że poroniłam po tamtej awanturze trochę obudziło mojego męża. Na jakiś czas się uspokoił… nawet zaczęło być między nami w miarę dobrze, chociaż jak dla mnie po tamtych słowach już nic nie dało się odbudować. Byłam w stanie zostać z nim tylko i wyłącznie przez wzgląd na dzieci. To się dopiero nazywa heriozm… żeby żadna z Was nie próbowała tak robić… to chory pomsł, potem życie i tak to zweryfikowało bo co ma być to będzie.