Opowiedz nam o swojej aborcji

Od jakiegoś już czasu zbieramy wasze  historie aby móc je opublikować w książce jaką szykujemy.

Brakuje nam jeszcze pary, więc jeśli ma któraś z was ochotę opisać co w jej życiu zmieniła aborcja, jak zmieniła świat to szczerze zachęcamy.

Świadectwo Was, kobiet po aborcji jest ważne dla innych, tych które stoją przed decyzją.

Naszą rolą jest destygmatyzacja i pokazania prawdziwego oblicza aborcji. Tego negatywnego ale i pozytywnego, które motywuje.

Prosimy zostawiajcie nam swoje historie w komentarzach lub wysyłajcie na adres [email protected]

Katoliczki też mają aborcje!

Od momentu gdy opublikowałam na naszej stronie cześć swojego prywatnego życia wylewa się na nas potok krytyki ze strony osób z przeciwnymi poglądami niż nasze.

Z tej okazji przypominają mi się rozmowy przez telefon z kobietami, które mówią:

– Jestem katoliczką, praktykuję i potrzebuję aborcji. Do tej pory byłam jej przeciwna (lub nie miałam zdania na temat aborcji) ale gdy sama znajduję się w takiej sytuacji nie mogę postąpić inaczej.

 

Zaczyna się wyliczanka powodów, usprawiedliwień dla których aborcja jest niezbędna dla tej osoby/tej rodziny.

Panowie, niejednokrotnie nie wiecie o tej sytuacji bo kobiety mówią:

– Nie mogę tego nikomu powiedzieć bo mąż kazałby mi urodzić a ja nie chcę kolejnego dziecka. Chcę iść w końcu do pracy. Wyjść do ludzi. Mam dość rozmawiania tylko z dziećmi.

Taka jest rzeczywistość.

 

Katoliczki też mają aborcję!

Czy rozmawianie z dziećmi na temat aborcji i samostanowienia ma sens? 

Czy rozmawianie z dziećmi na temat aborcji i samostanowienia ma sens?
Otóż ma!
W moim domu temat aborcji przerabiany jest codziennie z racji zajęcia jakie mam, czyli odbieram telefony od kobiet, które potrzebują informacji jak ja przeprowadzić.
Nie uciekam z telefonem, moje dzieci słyszą te szczegóły na co dzień.

Jestem niesamowicie dumna z mojego 16- letniego syna, który podczas luźnej rozmowy na lekcji polskiego na temat aborcji na komentarz nauczyciela ze jeśli jest ciąża to konsekwencje się ponosi, powiedział ze on sobie nie wyobraża dlaczego młoda osoba miała by takie konsekwencje ponosić i marnować sobie życie. Jeśli nie jest gotowa na ciąże to po co ją kontynuować?

Reakcja nauczyciela bezcenna bo odpowiedział tylko „nie rozumiem jak można być za aborcją i jednocześnie przeciwko karze śmierci”
na co moje dziecko, że jedno z drugim nie ma nic wspólnego!
Było oburzone, że wśród pedagogów są osoby które chcą ograniczać komukolwiek własne wybory. Szczerze mówiąc ja też byłam oburzona, ze ktokolwiek daje sobie prawo do narzucania poglądów.

Tak czy inaczej mega wzrusz nastąpił…

Mieliśmy okazję przeprowadzić bardzo dojrzałą rozmowę na temat aborcji jako takiej, powodów (lub jej braku), eutanazji oraz wsparcia przy podejmowaniu samodzielnych decyzji osób nieletnich.

Zrozumiałam, że mam niesamowicie mądre dziecko!
Moja zasługa? mam nadzieję że tak 

#jestem z Natalią

Czy musi być powód do tego aby zdecydować się na aborcję?

Pewnie myślicie, że tak. Otóż nie musi, mówię to ja która miała aborcję.

Wystarczy wewnętrzy sprzeciw do chęci posiadania dziecka. Zwykłe nie podołam obowiązkom.

Wkurza mnie jak rozlicza się Natalię z ilości metrów mieszkania czy sytuacji finansowej. Co kogo to obchodzi? To, że publicznie podzieliła się swoją historię wcale nie znaczy, że musimy znajdować bądź nie znajdowac wytłumaczenia dla postępowania. Ja tego nie rozumiem.

Ocena innych wredna ludzka cecha. Chcemy być lepsi od innych, nie tylko w osiągnieciach ale i moralnie. Ale to nie czyni nas lepszymi ludzmi. Wszystko jest subiektywne, a w wymiarze wszechświata to jakie to ma znaczenie? a no żadne

Więc czy jest sens kłócić się o to kto lepszy? Czy dla naszych potomków będzie miało znaczenie czy ciąza druga, trzecia czy dziesiata została usunięta? Czy były warunki do wychowania czy nie było? czy był powód czy nie było? to sie stało i już… taki był nasz wybór wewnętrzy, takie przekonanie, taka potrzeba a czasu się nie cofnie.

Wczoraj jeden z moich kolegów napisał – „Dobrą zmianę” zacznijmy od siebie.

Dlatego my dziś nie tylko jesteśmy z Natalią, my mówimy zaufajcie nam bo MY KOBIETY podejmujemy dobre wybory. My wiemy co potrafimy znieść a czego już nie chcemy.

Uwierzcie, jeśli na coś się decydujemy to dlatego, że jesteśmy wewnętrznie przekonane o słuszności swoich decyzji i żadna siła nas nie zmusi do tego aby postępować wbrew siebie.

Kobiety, mówcie o swoich aborcjach… Nie bójcie się powiedzieć, TAK ZDECYDOWAŁAM bo to była dla mnie jedyna słuszna decyzja i nie pozwalajcie aby ktokolwiek próbował wchodzić w polemikę z waszymi przekonaniami. To są wasze przekonania nie kogoś innego. To wy z waszym doświadczeniem i emocjami jesteście w tym, nikt inny. Tylko wy macie prawo do oceny sytuacji w jakiej się znalazłyście.

W dniu wczorajszym powstała inicjatywa #mialamaborcje.pl, której celem jest pokazanie ze aborcja to zjawisko, które masowo dzieje sie wśród kobiet. Jest czymś czego doświadczamy w swoim kobiecym życiu i przed czym nie należy ani uciekać ani sie bać.

Czasami trzeba też z siebie wyrzucić to siedzi w nas, wiec jeśli chcecie podzielić się swoją historią to opiszcie ją tutaj

Opowiedz swoją historię

My Kobiety w Sieci, popieramy inicjatywę.

Zawsze po stronie życia, zawsze po stronie Kobiet

 

 

 

Katolicki antykoncepcyjny shit- uwaga, z życia wzięte!

Mam pełnoletnią córkę, w tym roku kończy liceum. Od samego początku uczyłam, starałam sie przekazac rzetelne informacje na temat zapobiegania ciąży.

„Branżowo” moje dzieci też są odpowiednio wyedukowane.

Dziś pisze moja M. – bedąc na lekcji religii:

M: Naturalna antykoncepcja na religii, kocham <3

Ja: Ha ha ha i jaka ona jest?

M: Godziwa xD

tu nastepuje przesyłanie pliku

12743591_1134215299931498_6409791517352149166_n

Dawno mnie nic tak nie zatkało, słów zabrakło mi na kilka minut. Z niedowierzaniem patrzyłam na to co tam zostało napisane.

Kobiety, pamietajcie, pigułka antykoncepcyjna ktora przyjmujecie, jest niegodziwą antykoncecją aborcyjną a naturalną metodą zapobiegania ciąży jest laktacja i ona jest godziwa.

Najlepszy hit tego dnia – Wkladka higieniczna zapobiega ciąży a błona pochowa to naturalna  bariera dla plemników !!!!!

Masakra…. ma ktoś pomysł na to jak wyedukowac tych, którzy wypuścili takich katechetów w świat?????

Polki za granicą…. USA

Witam serdecznie,

właśnie trafiłam na Waszą stronę i po przeczytaniu kilku pierwszych postów
już wiedziałam, że chcę do Was napisać, a do tego zobaczyłam, że
poszukujecie kontaktu z Polkami na emigracji, no to jestem – prosto z
USA.

Właśnie dzisiaj zrobiłam test, no i wyszedł pozytywny…. już wcześniej to
przeczuwałam, tak więc jakiegoś większego zaskoczenia nie było, ale od
początku, bo chciałabym abyście poznały moją historię, może dzięki temu
komuś pomożemy wspólnie.

W lutym 2014 roku dowiedziałam się, że jestem w pierwszej ciąży z moim
ówczesnym chłopakiem. Strach, panika to jedyne co wtedy czułam, nawet mu od
razu nie powiedziałam, że jestem w ciąży, dopiero kilka dni później i to
podczas kłótni. Cały czas myślałam co to będzie jak to będzie, na dodatek
dopiero co zaczęłam nową pracę, wszystko było nie tak, ale o aborcji nie
myślałam. Niestety cały czas chodziłam skołowana, przestraszona, nie mam tu
bliskiej rodziny, ani bliskiej przyjaciółki, z którą mogłabym porozmawiać o
tym, no i niestety mój chłopak to wykorzystał i zarządził aborcję. Szczerze
mówiąc to jej nie chciałam, tzn. nie do końca, sama nie wiedziałam czego
chce, to było straszne, z jednej strony się cieszyłam a z drugiej
przerażenie, że właśnie kończy się moje spokojnie życie, które tak naprawdę
dopiero zaczęłam sobie układać. Ale koniec ględzenia. Pojechałam na wizytę
do polskiego ginekologa na potwierdzenie tej wiadomości, Pani doktor była
co najmniej dziwna, bo wyskoczyła z tekstem, że skoro mam już 28lat to to
dla mnie prawie jak ostatni dzwonek na ciążę, na szczęście sama jestem po
studiach medycznych i ta uwaga przeleciała mi przez uszy. Dostałam
karteczkę z rozpiską klinik, gdzie wykonywane są aborcje, powiedziała też,
że najlepszą dla mnie metodą będzie tzw. abortion pill. Wróciłam do domu,
naczytałam się w internecie co i jak i kiedy i przestraszyłam się jeszcze
bardziej. W końcu mój chłopak zaczął sam szukać kliniki, no i znalazł,
zawiózł i kazał zrobić co zrobiłam. Samego zabiegu nie żałowałam i nie
żałuję, przyszło i poszło, ale muszę przyznać, że gdy wzięłam już do buzi
tę drugą dawkę (nigdy nie pamiętam nazwy) miałam taki ból, że myślałam, że
umrę, pobiegłam ledwo do łazienki aby zwymiotować i padłam na podłogę, było
mi gorąco a podłoga w łazience była cudownie zimna, z bólu chyba nawet aż
straciłam na chwilę przytomność. Później z kolei zimno, trzęsłam się cała,
takich drgawek też sobie nie przypominam, żebym kiedykolwiek miała, ale
mimo wszystko zawsze byłam twarda i te objawy nawet mnie nie przerażały. Po
chyba godzinie spędzonej na łazienkowej podłodze wróciłam do łóżka i
poszłam spać, byłam zdziwiona, bo wcale szybko nie zaczęłam krwawić, może
dopiero po ok 8-9h, ale jak już cały materiał biologiczny ze mnie brzydko
mówiąc wyleciał – poczułam niesamowitą ulgę, i psychiczną, i fizyczną.

Pewnie myślicie, że to koniec opowieści, otóż nie.

W maju okazało się, że jestem w drugiej ciąży!!!!
Na dodatek mój związek właśnie się na szczęście kończył, szczęście i
nieszczęście, że z takim efektem. Tym razem jak już się dowiedziałam, że to
znowu ciąża to już nie byliśy razem i mojego już ex chłopaka poinformowałam
o tym telefonicznie. Po pierwszej aborcji kazałam mu używać prezerwatyw, bo
bałam się konsekwencji, ale to był tak apodyktyczny i debilny człowiek, że
wtedy akurat nie użył, no i wyszło jak wyszło, wiem wiem, moja głupota też,
ale o mojej głupocie to już aż szkoda gadać…
Spotkałam się z nim jeszcze tego samego dnia. Ja już byłam pewna, że nie
chce tego dziecka urodzić, nie chce tego faceta w moim życiu, a nawet jak
urodzę i nie będziemy razem to będzie gdzieś tam się pojawiał, tak więc
mogło zdarzyć się tylko jedno – aborcja again.
On uradowany nowiną o dziecku, że wreszcie będziemy rodzina, że weźmiemy
zaraz ślub itp itd. Na szczęście zrozumiał dość szybko, że tak nie będzie,
wymyślił wtedy, że wrócę do Polski a on będzie mi pieniądze na dziecko
wysyłał, to już w ogóle był żart dla mnie nie z tej ziemi. Spytałam się
tylko czy ma zamiar mi pomóc czy zostawia mnie z tym samą, na szczęście
powiedział, że ok, pomoże finansowo.
Tym razem drugą, inną klinikę znalazłam ja. Pech chciał, że nie mógł ze mną
pojechać tam tego dnia i pojechałam sama, na dworze temperatura była ok 35
stopni jak nie więcej. Ja mam grupę krwi (-), tak więc zastrzyk był
obowiązkowy, a po nim zemdlałam… Do domu ledwo wróciłam, pogoda i stres
ponowną aborcją dały mi w kość, ale dałam radę, zawszę daję, bo tak trzeba
i już!
Tym razem pierwszą pigułkę dostałam „na wynos” do domu, co raczej w USA się
nie zdarza, lekarze chcą mieć pewność, że to dla mnie i muszę ją połknąć w
gabinecie. Dotarłam do domu, zjadłam obiad a na deser moją tableteczkę. Tym
razem drugą dawkę leków miałam zaaplikować dopochwowo. Jak kazali tak
zrobiłam, ułożyłam się z nogami w górze (bo kazali) a jak brzuch już zaczął
bardziej boleć to już zeszłam do poziomu. Tym razem skurcze i bóle nie były
aż tak mocne, cały czas czekałam na ten okropny ból jaki pamiętałam z
pierwszego razu a tu się okazało, że ból jaki jest taki jest a na dodatek
przechodzi. Krwawienie przyszło szybciej. Po ok 1,5h od aplikacji poszłam
do łazienki i już wydaliłam cały materiał biologiczny. Znowu poczułam
niesamowitą ulgę psychiczną i fizyczną. Tym razem krwawiłam dużo bardziej
niż za pierwszym, może to też dlatego ze drugą aborcję przeprowadzałam w 7
tygodniu a pierwszą w 6.

A teraz o mojej wyjątkowej głupocie, domyślam się, że nie będziecie
komentować z grzeczności, i dobrze, bo ja sama się już biję w czoło.

Jestem w 3 ciąży, 4 tydzień. Dziś zadzwoniłam do jeszcze innej kliniki i
umówiłam się na wizytę na najbliższy wtorek, 9 września. Aż nie mogę się
doczekać.
Pewnie interesuje Was z kim, skoro się z facetem rozstałam. Z moim
fryzjerem, z którym zawsze flirtowaliśmy i ogólnie ze sobą kręciliśmy, aż
po ostatniej wizycie w jego salonie umówiliśmy się i poszliśmy na imprezę,
gdzie dwa debile za dużo wypiły i wyszło co wyszło, tak, brawa dla nas… W
tym przypadku nawet nie zamierzam go informować o tym, było co było, wyszło
co wyszło, sprawę zamknę, a o dobrego fryzjera w Nowym Jorku jest naprawdę
ciężko 😉

To tyle w skrócie, jeśli chodzi o moją historię, na pewno odezwę się do Was
jeszcze po 9 września i opowiem jak było.

[….]
Aha, i ja też tak jak wy nie wierzę w coś takiego jak psychiczny uraz
poaborcyjny czy jak to się tam nazywa.

Nie chciałabym też, żebyście myślały, że ja stosuję aborcję jako
antykoncepcję, bo trochę z mojej historii może tak się wydawać i ktoś
mógłby mnie o to podejrzewać.

To już naprawdę koniec. Dziękuję za cierpliwość w czytaniu moich wypocin.

Serdecznie pozdrawiam i mam nadzieję, że w kontakcie…

 

Nasza droga koleżanko M. bardzo dziekujemy ci za przesłaną nam opowieść, życzymy ci powodzenia w twoich działaniach. Prosimy nie rozstawia się z nami, wpadaj jak czesto możesz.

Moja aborcyjna historia… cz1

Witam…

Mam świadomość, że otwieram puszkę Pandory… że prawodpodobnie niektórzy zrównają mnie z ziemią ale wydaje mi się, że powinno się mówić o tych sprawach. Świadomość kobiet jest tak już duża, że nie można jej ograniczać do informacji jakie sprzedają nam guzik wiedzący księża oraz media próbujące nami manipulować.
Mamy własne rozumy… dostrzegamy co dla nas może być dobre a co nie. Wiemy, z czym sobie nie radzimy, wiemy co chcemy osiągnąć i w czym jesteśmy wyśmienite.
Mam prawie 35 lat… nie jestem rozchisteryzowaną nastolatką, jesteś świadomą swojego postępowania kobietą, która w pewnych momentach swojego życia dostała pewnego rodzaju pstryczki w nos.

Moja historia rozpoczęła się w 2006 roku, dokładnie w połowie stycznia kiedy zorientowałam się, że jestem w ciąży. Mój okres spóżniał się już ponad tydzień a ja ciągle zwlekałam ze zrobieniem testu. Niedowierzałam, że to wogóle jest możliwe.
Mam trójkę dzieci… wtedy w roku 2006 moja najmłodsza córka miała trochę ponad 1 rok.
Miałam męża, który był potwornie o wszystko zazdrosny i w żadnym wypadku nie mogłam stosować żadnej antykoncepcji. Bo po co mi??? On jest przeciez taki sprytny… Jego spryt ograniczał się do stosunków przerywanych, był na tyle leniwy że nawet prezerwatyw nie chciał używać. Co jak widać, niekoniecznie mu się udawało 😀 ale bez złośliwości…
Już wtedy między nami nie układało się za dobrze… ciągłe awantury w zasadzie o nic (bo pił za dużo), współżycie praktycznie na przymus spowodowały, że zaszłam w ciążę.
To był dla mnie dramat… dopiero co wróciłam do pracy, małe dziecko… i co teraz???
Pierwsza myśli… nie mogę urodzić, ale za nią zaraz następna… a co jeśli usunę??? jak sobie z tym poradzę, kocham dzieci… nie mówiąc już o własnych na punkcie, których szaleję. Co zrobić…
Kiedy jemu powiedziałam o ciąży, wydawał sie mocno przejęty. W zasadzie wtedy oboje zgodziliśmy się na usunięcie.
Poszłam na wizytę do swojego lekarza i powiedziałam, że nie chcę by ta ciąża się rozwijała dalej. On mi na to, że sam mi nie pomoże ale da mi nr telefonu do innego lekarza. Mam się powołać na niego… Dwa dni później wyszłam od tego drugiego lekarza z ustalonym terminem na zabieg. Lecz w międzyczasie bardzo mocno się pokłócilśmy z mężem. Pewnego wieczoru znów wrócił pijany do domu i zaczął wygadywać że to nie jest jego dziecko… że się puszczam, że kurwa ze mnie i dziwka. Tak mocno to zabolało, że pomyślalam sobie… a huk, urodzę, udowodnie Ci że to i tak jest Twoje dziecko.
Nie uwierzycie ale ja zmieniłam zdanie… głupia chciałam zrobić jemu na złość. Szarpał mną, popychał, rzucał we mnie różnymi rzeczami a ja w tamtym momencie głupio chciałam okazać honor. Cóż zrobić, taka wtedy byłam… pod dość wielkim wpływem i zastraszeniem.
Los chciał, że niestety nie urodziłam… dwa dni później będąc w 7 tygodniu ciąży zaczełam plamić. Najpierw trochę, potem coraz mocniej krwawi
ć. Nie poszłam od razu do lekarza… wiedziałam, że będzie musiał położyć mnie to szpitala i ratować ciążę, na której nie zależało mi. Tłumaczyłam sobie, że skoro los tak chce, to tak ma być.
Poszłam dopiero, kiedy już tak mocno krwawiłam, że zaczynało to wyglądać na krwotok. Wtedy zaraz skierowanie, łyżeczkowanie i to był koniec poczatków te historii.
To, że poroniłam po tamtej awanturze trochę obudziło mojego męża. Na jakiś czas się uspokoił… nawet zaczęło być między nami w miarę dobrze, chociaż jak dla mnie po tamtych słowach już nic nie dało się odbudować. Byłam w stanie zostać z nim tylko i wyłącznie przez wzgląd na dzieci. To się dopiero nazywa heriozm… żeby żadna z Was nie próbowała tak robić… to chory pomsł, potem życie i tak to zweryfikowało bo co ma być to będzie.

Dziewczyny piszą… co można czuć po aborcji

Piszę, bo minęło prawie 1,5 roku od mojej ostatniej
aktywności. Nie dlatego, że żałuję, ale dlatego, że chciałam zapomnieć o
wszystkim, co się dookoła tego działo. Dookoła mojej najlepszej decyzji. Ale
nie jej samej.
Moja historia – pod koniec stycznia zeszłego roku
dowiedziałam się, że jestem w ciąży. Czułam się fatalnie, moja gospodarka
hormonalna zaczęła szwankować, nadmierne wydzielanie gastryny powodowało
obrzydliwe bóle żołądka, dodatkowo gorączki ze stresu, mdłości, duże,
bolące piersi. Dość szybko dowiedziałam się o ciąży – 3-4 tydzień.
Sytuacja prywatna była nieciekawa – studia, z którymi wiążałam wielkie
nadzieje, partner mieszkający 300km ode mnie, więc spotkania tylko w weekendy,
wielka potrzeba realizacji swoich marzeńą najpierw. Zrealizowania się na polu
aktywności fizycznej, zawodowej. Chciałam jeszcze kilku lat z moim TŻ tylko,
dla siebie, bez pieluch, a powoli budując fundament pod cudowną rodzinę.
Dzidziuś dopiero wtedy. No wyszło, jak wyszło. Mółj partner był ze mną, gdy
robiłam test, razem pojechaliśmy do lekarza. Był niesamowicie wspierający i
nie bojący się tego wyzwania. Ja byłam sparaliżowana na myśl o swoim
życiu. Już wtedy wiedziałam, że zrobie krzywdę temu dziecku, będąc
jedną z tych nie potrafiących kochać swoich dzieci matek. Tą, któłra po
cichu obwinia swoje własne dziecko o to, że jej życie nie wygląda
kompletnie, tak jak chciała. Wiedziałam, że byłabym dobrą matką, ale z
przymusu. Po cichu bym płakała nocami, że tyle mnie ominęło.
NIe miałam pojęcia, że istnieją inne opcje poza aborcją u lekarza. Nie było
mnie na nią absolutnie stać, nie wiedziałam jak szukać, byłam spraliżowana
wizją przeżywania tego. Ot tak, bez planu, zaczęłam googlować. I znalazłam
was. To było…straszne. Myśli, miliard myśli. I skontaktowałam się,
obczytałam całe forum, czekałam na przesyłkę, w międzyczasie
przeżywając tak wielkie wahania, taki stres. Wmawiałam sobie, że przesyłka
nie oznacza jeszcze, ze to zrobię. Mogę oddać komuś innemu. Aż w końcu
przyszła. I miałam tylko jedna możliwość. Wziąć pierwszą tabletkę na
drugi dzień, tj czwartek, by w piątek zrobić akcję, bo w sobotę wieczorem
przeprowadzał się już mój partner, a przy nim nie potrafiłabym. Miałam
dobę. W czwartek rano podjęłam decyzję – wzięłam tabletkę. Wiecie co
zrobiłam od razu? Zaczęłam tańczyć. Puściłam muzykę, zaczęłam
tańczyć i pierwszy raz poczułam, jak spada ze mnie niewyobrażalny ciężar.
Już wtedy wiedziałam, że zrobiłam dobrze. Odpowiedziałam sobie na
najważniejsze pytanie. Oczywiście stres się i tak pojawił, noc ledwo
przespałam. W piątek rano zaczęłam akcję. Nie bolało, miałam gorączkę.
Jedyne co, to lało się ze mnie jak z odkręconego kranu. No i te wypadające
skrzepy…to było przerażające. Mimo pewności mojej decyzji, te chwile
były…z jednej strony uspakajające, że wszystko idzie, jak powinno, ale z
drugiej…bolało mnie to. Po kilku godzinach krwotok był wciąż bardzo silny,
więc pojechałam do lekarza. Dostałam awaryjnie skierowanie do szpitala, ale
sam lekarz mówił, żeby nie korzystać z tego bez poważnej potrzeby. I nie
pojechałam. Tej nocy spałam spokojnie, jak nie miałam możliwości od
przeszło 2 tygodni. I do tej pory czuje się bardzo pewnie ze swoją decyzją.
Pożegnałam wizję dziecka, którego nie urodziłam. Nie boczyłam się na tą
ciążę, nie byłam zła, rozżalona. Z pewną refleksją pogodziłam sie z
tym, pożegnałam pewną…hmm…historię, to co by mogło być i tyle. Jestem
dziś szczęśliwa. Mieliśmy z chłopakiem bardzo ciężkie 1,5 roku. Śmierć
jednej z najbliższych mi osób, olbrzymie problemy finansowe,
przeprowadzki…nie wiem, jak byśmy mieli dać radę z dzieckiem. W tym czasie
też podjęłam ważne decyzje dotyczące mojego rozwoju, które też aktywnie
wprowadzam w życie. Ostatni rok chyba był jednym z najbardziej rozwijających
dla mnie. Podobnie mój partner – w końcu odważył się na krok w kierunku
swojej wiecznej pasji, zamienienia jej w możliwości zawodowe. I udaje się!
Razem snujemy plany o tym, żeby kiedyś wpaść (;)) i zamiast zadręczania
się myślami, z radością wpaść sobie w ramiona, powiedzieć to przyszłym
dziadkom, wujkom, ciociom. Mieć swój kąt, najmniejszy, ale swój,
możliwości finansowe, wynikające z tego, że oboje byśmy zarabiali i nie
byle gdzie, ale w miejscach, gdzie jesteśmy szczęśliwi i odwalamy kawał
dobrej pracy. I pracujemy nad tym, żeby tak było. I wiem, że wtedy będziemy
najlepszymi rodzicami, którzy sami ze sobą są szczęśliwi, nie przelewają
chorych, niespełnionych ambicji na dzieci, nie wyżywają się za pojawienie
się dzieci w złej chwili i inne okropności. Pewnie będzie tez niepewność,
strach, no bo to oczywiste! Ale nie lęk paraliżujący mnie do szpiku kości.

Moje drogie, moja refleksja jest taka, że nikt nie może obiecać, że
podjęcie decyzji będzie łatwe, że aborcja przebiegnie bezproblemowo, a Ty
będziesz się tylko śmiać i wzdychać radośnie. Ale jedno jest pewne – ta
decyzja musi być świadoma, to musi być przemyślane. Bo 99% kobiet jest
przerażonych przy wpadce, nie wie co robić, kęłębią się najczarniejsze
myśli w głowie. Ale aborcja jest bardzo poważną decyzją, oczywiście bez
odwrotu. Nie róbcie tego, jeśli nie jesteście pewne. Czas jest ważnym
czynnikiem, co oczywiście nie ułatwia sprawy, ale najgorsze, to podjąć taką
decyzję i jej później żałować. Nie mogę powiedzieę, że aborcja to super
sprawa i załatwia wszystko, ale to jest wyjście z sytuacji dla wielu z nas, w
pewnych sytuacjach.
Trzymam za was mocno kciuki, co by każda podjęła
dobrą decyzję i aby wszystko przebiegało bez komplikacji. I przede wszystkim
– nie wypierajcie tego z pamięci. To część naszych historii. Ważnych
historii. Jeśli decyzja została przemyślana, nie mamy czego wyrzucać z
pamięci. Tez nie lubię wspominać tego bólu, tego stresu. Bo kto lubi
pamiętać o takich rzeczach? Ale myślę czasami, przy wielu ważnych chwilach,
o decyzji, jaką podjęłam i nigdy nie żałuję.

Powodzenia!

Test zaczerpnięty z poprzedniego forum www.womenonweb.info obecnie www.maszwybor.net

Miałam aborcję

Jak tysiące polskich kobiet miałam aborcje. To było w 2006 roku, w tym czasie, parę miesięcy przede mną wystartowała organizacja Women on Web. Nikt w Polsce o nich nic nie wiedział. Ja również. Pamiętałam jednak coś o Kobietach na Falach i statku który przybił do portu gdzieś na wybrzeżu.

Nikt nie mógł mi powiedzieć ani potwierdzić czy ta organizacja naprawdę istnieje, czy przysyłają leki do naszego kraju, no i co to są za leki. Kobieta, która chce wykonać aborcję jest zdesperowana, wykonuje różne nietypowe dla siebie kroki, podejmuje nieracjonalne decyzje bo jej determinacja aby pozbyc sie ciazy jest tak duża, że nie liczą się środki wazne żeby osiągnąć cel.

Tak było i ze mna. Najpierw za 350 zł kupiłam artroteku, 20 tabletek w sumie, które łykałam co 4 godziny po 4 tableki. Nikt mi nie powiedział, że powinnam wypluć dicklofenag zawarty w nim. Po zarzyciu 20 tabletek przez kilka dni czułam się jak pijana. Dobrze że nie dostałam jakiejś zapaści od takiej ilości tego silnego leku przeciwbólowego. Jedno jest pewne, znieczuliłam sie na ból na ten dzień na pewno. Dostałam jakąś instrukcję od handlarki ale co mi z tego, jak kawałek kartki ze mną gadac nie chciał. Zostałam sama z tematem a że nic się nie działo to moja desperacja tylko wzrosła. Dokończyć to co zaczełam. Nasłuchałam sie o możliwych wadach płodu po zarzyciu misoprostolu (co oczywiści nie jest takie pewne jak podają środowiska przeciwne legalnej aborcji).  W tej panice rozpoczełam rozmowy z Women on Web.

Początkowe automatyczne wiadomości mnie wystraszyły ale zgromadziłam znow pieniądze i dokonałam wpłaty. Bardzo długo czekałam, tydzień wydawal sie wiecznoscią. I w końcy przyszla, mala niepozorna koperta a w śroku moje wybawienie. Tabletki, które uratowały mi życie, i również dały życie, moje, nowe, samodzielne ale i wspólne z tym którzy mnie już otaczali.

Mineło lat 7 a ja ciągle myśląć o tamtym momecie wiem że zdecydowałabym identycznie (może nie bawiła sie z artrotekiem tak długo). Nie mam w sobie uczucia straty, może jedynie żalu że musiałam w tamtym czasi byc sama a gdyby abrocja była legalna miałabym opiekę, bliskich przy sobie i poczucie godności nieposzarpane.

Aborcja nie jest najlepszym rozwiązaniem ale myśle jedynym jaki wg mnie mógl być w tamtym czasie zastosowany.